sportowa mama

Moment pojawiania się dziecka był najpiękniejszym momentem w moim życiu. I choć zyskałam iskierkę, która nawet w najgorszy dzień umie rozpalić we mnie promyk nadziei, uśmiechu i przywrócić radość, nie jest wcale łatwo.

Wszystko, czym do tej pory żyłam, co robiłam, robiłam sama. Odpowiedzialna byłam jedynie za siebie. Wraz z urodzeniem syna zdecydowanie wszystko się zmieniło i co do tego nie mam absolutnie żadnych wątpliwości. Swój czas zaczęłam dzielić na dwoje. Doba stała się zbyt krótka, żebym zdążyła zrobić wszystko co zaplanowałam. Nieraz jest tak krótka, że nie jestem w stanie praktycznie nic zrobić, prócz zabawy i opieki nad dzieckiem. Są czynności (jak wyjazd do Wrocławia, wyjście do kina, wyjazd na narty, i wiele innych), które są niemożliwe do wykonania dla mnie samej. Z różnych przyczyn: zbyt duża odległość, zbyt duża zmiana wysokości, wieczorowa pora czy po prostu brak możliwości zostawienia dziecka pod opieką kogoś bliskiego). Do tego moje dziecko również ma pomysł na siebie i swój czas wolny. Zazwyczaj to ono dyktuje warunki. A ja nie mam już nic do powiedzenia. Nie próbuję z nim walczyć. Bo nie o to chodzi. Trochę przedstawiłam się na tryb „z dzieckiem”, ale miewam jeszcze takie chwile, że nie umiem ogarnąć tego „szaleństwa”. A mimo wszystko próbuję. Próbuję połączyć moje pasje, aktywne życie i rodzicielstwo. I pomimo wielu niedogodności, dość często się to udaje.

Aktywna mama to ja

Czy możesz o sobie powiedzieć, że jesteś aktywnym rodzicem? Że spełniasz się w nowej roli matki/ojca, a jednocześnie żyjesz, jak dotąd, aktywnie i z pasją? Przyznam się szczerze, że miewam różne momenty. Jak w życiu, są wzloty i upadki. Nieraz też mam dość. Cierpię na brak sił. Bolą mnie wszystkie mięśnie, nawet tam, gdzie ich nie ma. Jestem wykończona, albo po prostu mi się nie chce. Nieraz płaczę z bezsilności. Mam chwile, że wolałabym wrócić do pracy, a wysłać mojego męża na tacierzyński – to najszczersza prawda. Ale nawet w takich momentach próbuję się zmotywować, wyjść pobiegać, iść na spacer w góry i…  o dziwo nadal jestem wykończona i bezsilna, ale humor mi się znacznie polepsza, a motywacja do kolejnych przebieżek, wycieczek w góry, do życia powraca.

Są dni, kiedy kompletnie mi się nic nie chce, a są dni gdy tryskam energią. Każdy miewa chwile słabości, ale z tego co sobie wypracowałam i jak ułożyłam życie od nowa z maleństwem, jestem dumna. Udało mi się połączyć to, co do tej pory kochałam, z tym, co niespełna rok temu stało się najważniejszym elementem mojego życia – macierzyństwem. W ten sposób mogę pozostać aktywna, spełniając się przy tym w roli matki. I to najpiękniejsze uczucie!

Ideały nie istnieją

Codzienność nie jest łatwa dla żadnej matki, pomimo iż jest ona na rocznym urlopie. Dotyczy on jedynie pracy zawodowej. Jednak praca w domu i wokół dziecka mnożyć się wtedy kilkukrotnie. Pranie, sprzątanie, gotowanie – przy maluchu jest częstsze niż dotychczas samemu. Ja jednak z tym nie przesadzam. Staram się, by w domu nie było „rozpierduchy”, ale zdecydowanie nie jest idealnie.

Kiedyś byłam pedantką. Teraz mam dziecko.

U nas w domu się żyje i normalnie funkcjonuje. A co za tym idzie, podłogi bywają klejące, naczynia brudne, a wszystkie miski powyciągane na podłogę. Wiem, że nie ma sensu tego co chwile chować, myć, czyścić. To tylko kilka sekund, gdy zajmę się czymś innym, a znów będzie wyglądało tak samo. Więc do wieczora się wstrzymuję ze sprzątaniem. Ten czas wykorzystuję zaś na zabawę z dzieckiem i czas na świeżym powietrzu, bądź wspólne ćwiczenia, aktywności.

Nie mogę więc konkurować o najpiękniej wysprzątane mieszkanie, czy o wykwintny obiad na stole, piękne wypieki czy udekorowany dom. Bo choć i tymi aktywnościami chętnie bym się zajęła, po prostu nie mam na nie czasu. Zamiast tego jestem w górach, na rowerze, rolkach czy spacerze. I nie mam z tym problemu. Macierzyństwo to nauka dokonywania wyborów. Robisz to albo to. My matki nie jesteśmy robotami. Ja również nie. I dzięki Bogu, mój mąż to całkowicie rozumie. A Ty nie dziw się, że mam czas na bieganie, zwiedzanie czy jazdę na rowerze. Wiedz, że w tym czasie nie posprzątam, nie ugotuję i nie wypiorę.

Początki nigdy do najlżejszych nie należą

Narodzenie się dziecka, powrót do domu i życie z maluchem nie należały do najłatwiejszych. To że zarywam kolejną nockę z rzędu, muszę utulić dziecię, bo płacze – było dla mnie normalne. I do tego byłam przygotowana. Jednak nie zdawałam sobie chyba sprawy, że od chwili narodzin moim życiem będzie sterowało całkowicie dziecko – od A do Z. Takie małe stworzenie, co ma tydzień, dwa, miesiąc czy rok. Walka o karmienie piersią, próby uśpienia dziecka, czy próby odstawienia od piersi – to rzeczy z których nie do końca zdawałam sobie sprawę. Nie, że wyglądają tak jak wyglądają. I pochłaniają tyle energii. Że często niby błahe problemy potrafią całkowicie zdemotywować i wyprowadzić z równowagi. Dlatego właśnie, by nie czuć usidlenia, nie załamać się i nie popadać w frustrację, potrzebuję odskoczni. Już od 6 tygodnia po porodzie… Tą odskocznią są dla mnie wszystkie wyjazdy: zagraniczne czy te, które pozwalają poznać naszą małą ojczyznę. Ale również wypady w góry. To sport: rower, bieganie czy krótka przejażdżka na rolkach, pozwalają mi poczuć się spełnioną osobą – kobietą, ale i matką. To aktywność fizyczna pozwala mi naładować baterie po ciężkiej nocy, czy ciężkich całych tygodniach. W dniach, gdy Jacek jest na wyjazdach służbowych, czy po okresach chorobowych.

Małe przyjemności, krótkie aktywne chwile, pomagają mi nie zwariować i utrzymać spokój psychiczny. A najlepiej, gdy udaje się je spędzić razem, rodzinnie. Taka jednodniowa wyprawa w góry czy wycieczka rowerowa w całym trzyosobowym składzie to zastrzyk pozytywnej energii dla nas wszystkich. I płyną z tego same plusy: czas razem, na świeżym powietrzu, aktywnie. I to jest dla mnie właśnie najlepszy przepis na życiową harmonię!

  • Fantastyczny, prawdziwy wpis. U mnie pojawienie się dziecka sprawiło, że nabrałam więcej mocy, doładowało mnie pozytywnie. Nagle okazało się, że mogę więcej. Zapomniałam o kompleksach, które od czasu do czasu targały moją duszą. Widok dziecka, które nosiłam pod sercem dodał mi skrzydeł. A Michaś był takim niemowlakiem cud – miód, żadnych kolek, ząbkowanie przebiegło „bezboleśnie”. Owszem, z karmieniem piersią było nieciekawie i może wpływ miał na to poród – nieplanowana, nagła cesarka w całkowitej narkozie i mój pierwszy kontakt cielesny z synkiem w trzeciej dobie po Jego narodzinach. Do tej pory to wspomnienie sprawia, że do oczu napływają mi łzy, bo czuję, że nie miałam czegoś, co przeżyły inne mamy – kontaktu zaraz po narodzinach. Pojawienie się dziecka wiele zmieniło na plus. Poczułam większy szacunek do samej siebie. Na reszcie pokochałam swoje ciało, które zmieniło się na plus. Ucieszyłam się z… nadprogramowych kilogramów po ciąży. Zawsze wydawało mi się, że powinnam nieco zrzucić, a okazało się, że te 5+ dało mi satysfakcję z sylwetki. 😉 Teraz 4-5 razy w tygodniu pracuję, aby utrzymać ten stan. 🙂 Michaś ma już 5 lat i intensywnie domaga się… rodzeństwa. Codziennie pyta mnie kiedy rodzę. Wybrał już imiona dla… brata i siostry. 😉 A ja choć kieeedyś przeszedł mi przez myśl taki „standard” jedno dziecko i zaraz kolejne, wcale takiej potrzeby nie odczuwałam, ani też nie słuchałam „dobrych” rad bliskich i mniej bliskich. Siebie słuchałam i tak, kilka miesięcy temu, usłyszałam ten głos i pragnę zostać mamo po raz drugi. 🙂 To tak w duuużym skrócie. 😉 Pozdrawiam!